Klify, szerokie plaże, bukowe lasy, jeziora, zalewy i kręte cieśniny. Do tego tajemnicze schrony, ślady zimnej wojny i historie sięgające czasów wikingów. Wolin zdecydowanie nie lubi monotonii. Jednego dnia można tu spoglądać na Bałtyk z krawędzi wysokiego klifu, stanąć oko w oko z żubrem, zejść do wojskowych podziemi, a chwilę później przenieść się do świata średniowiecznych wojowników i rzemieślników. W ramach pierwszej odsłony kampanii „Poznaj Polskę poza utartym szlakiem” spędziliśmy na Wolinie kilka intensywnych dni. Wracamy z relacją, sprawdzonymi rekomendacjami i gotowym planem podróży po jednej z najbardziej różnorodnych wysp w Polsce. Bo skarbów jest tu zdecydowanie więcej, niż sugerowałaby jej powierzchnia. Poznajcie z nami Wolin!
Wyspa Wolin poza utartym szlakiem – dlaczego warto ją poznać?
Wolin to mały geograficzny mikrokosmos. Od północy Bałtyk, od zachodu Świna, od wschodu Dziwna, od południa Zalew Szczeciński. A pomiędzy nimi krajobrazy, które teoretycznie nie powinny mieścić się na jednej wyspie. Niemal pionowe klify sąsiadują tu z szerokimi plażami, stare lasy bukowe z polodowcowymi jeziorami, a podmokłe wysepki z rozległymi trzcinowiskami. Wolin jest jednak przede wszystkim wyspą wielkich opowieści. Ich sercem pozostaje miasto Wolin – dawne emporium handlowe, wokół którego przez stulecia narosło tyle historii, hipotez i legend, że momentami trudno powiedzieć, gdzie kończy się archeologia, a zaczyna saga.
Dawny port i międzynarodowe szlaki handlowe, legendarne Wineta i Jomsborg, eksperymentalna broń V-3, bunkry i tajne stanowiska dowodzenia z czasów zimnej wojny… A to wszystko na jednej wyspie. Gotowi? Zaczynamy.
- Wyspa Wolin poza utartym szlakiem – dlaczego warto ją poznać? – różnorodność wyspy łączącej klify, plaże, lasy, jeziora, historię wikingów i militarne tajemnice.
- Golf na wyspie Wolin – nieoczywisty początek w Kołczewie – historia Amber Baltic Golf Club i początki profesjonalnego golfa w Polsce.
- Miasto Wolin od strony wody – rejs po Dziwnie – zwiedzanie miasta z perspektywy cieśniny i poznawanie jego dawnych tradycji portowych.
- Marina Wolin przy ulicy Mostowej – nowoczesna przystań jachtowa, jej infrastruktura i możliwości dalszych rejsów po okolicznych wodach.
- Przystań Morska i miejskie kąpielisko w Wolinie – nowa przestrzeń rekreacyjna nad wodą z pomostami, miejscami wypoczynku i zapleczem dla turystów.
- Dziwna – cieśnina, która stworzyła portowe miasto – znaczenie cieśniny dla rozwoju Wolina jako ważnego średniowiecznego portu i ośrodka handlowego.
- Wieża widokowa w Wolinie – panorama miasta i otaczających je wód – ponad 30-metrowa konstrukcja z panoramą miasta, Dziwny, rozlewisk i Zalewu Szczecińskiego.
- Spacer po zabytkach Wolina – podróż przez kolejne epoki – trasa prowadząca przez ślady książęcego Pomorza, dawnego przemysłu i archeologicznej przeszłości miasta.
- Dworek Woliński – ślad książąt pomorskich – barokowy budynek stojący w miejscu dawnej książęcej rezydencji i jego współczesne funkcje.
- Wiatrak holenderski – zabytek dawnego przemysłu – XIX-wieczny młyn przemysłowy, dziś prywatny zabytek bez regularnej możliwości zwiedzania.
- Muzeum Regionalne w Wolinie – archeologiczne serce miasta – Zbiory pokazujące historię Wolina od czasów wczesnośredniowiecznej potęgi po późniejsze dzieje wyspy.
- Wzgórze Wisielców – historia wychodzi z muzealnych gablot – wczesnośredniowieczne cmentarzysko kurhanowe i ślady różnych praktyk pogrzebowych.
- Co archeologia mówi o wczesnośredniowiecznym Wolinie? – wprowadzenie do odkryć, interpretacji i sporów dotyczących znaczenia dawnego miasta.
- Centrum Słowian i Wikingów w Wolinie – historyczna osada i żywa lekcja dawnych dziejów – Rekonstrukcja wczesnośredniowiecznej osady z chatami, warsztatami, rzemiosłem i pokazami życia codziennego.
- Festiwal Słowian i Wikingów – kiedy osada całkowicie zmienia charakter – Wielkie spotkanie rekonstruktorów wypełnione bitwami, obozowiskami, rzemiosłem i wydarzeniami historycznymi.
- Wolin po zmroku – legendy, Reformacja i trudna pamięć miasta – nocne zwiedzanie prowadzące przez mniej oczywiste, religijne i powojenne dzieje Wolina.
- Woliński Park Narodowy – klify, bukowe lasy i najpiękniejsza przyroda – Wzgórze Gosań, Jezioro Czajcze, Zagroda Pokazowa Żubrów
- Południowa część wyspy – Wapnica, Lubin i Delta Świny – spokojniejsze oblicze Wolina pełne zalewów, trzcinowisk, rozlewisk i punktów widokowych.
- Nadmorskie miejscowości na wyspie Wolin – Międzyzdroje, Wisełka, Międzywodzie
- Militarne atrakcje wyspy Wolin – bunkry, forty i podziemia – obiekty związane z niemieckimi programami zbrojeniowymi, pruskimi fortyfikacjami i zimną wojną.
- Gdzie zjeść na wyspie Wolin? – polecane restauracje w Kołczewie, Międzyzdrojach i Wolinie z rybami, regionalnymi daniami i pizzą.
- Gdzie się zatrzymać? – Międzyzdroje jako baza noclegowa oraz propozycja resortu przy plaży z basenami, SPA i udogodnieniami dla rodzin.
- Jak zaplanować zwiedzanie wyspy Wolin? Plan na cztery dni – czterodniowa trasa łącząca miasto Wolin, park narodowy, południe wyspy, kurorty i atrakcje militarne.
Golf na wyspie Wolin – nieoczywisty początek w Kołczewie
Poznawanie Wolina rozpoczęliśmy… na polu golfowym. I to nie byle jakim. Amber Baltic Golf Club w Kołczewie jest jednym z miejsc, w których rodził się współczesny golf w Polsce. Pierwsze dziewięć dołków uruchomiono tu w 1991 roku, a dwa lata później oficjalnie powstał klub. Właśnie tutaj rozegrano pierwsze Otwarte Mistrzostwa Polski oraz pierwsze Otwarte Mistrzostwa Polski Amatorów.



Dziś kompleks zajmuje około 66 ha i obejmuje 18-dołkowe pole mistrzowskie Amber – Championship oraz krótsze, 9-dołkowe Baltic – Executive. Są też driving range, putting greeny i miejsca do ćwiczenia krótkiej gry. Brzmi profesjonalnie? Owszem. Ale nie oznacza to, że początkujący mają zostać za bramą.
Pole turystyczne, czyli golf nie tylko dla klubowej elity
Najważniejsze z punktu widzenia turysty jest właśnie to, że Amber Baltic ma otwarty charakter. Nie trzeba przyjeżdżać z własnym kompletem kijów ani umieć odróżnić birdie od bogeya. Sprzęt można wypożyczyć na miejscu, klub prowadzi zajęcia dla początkujących, a na driving range można po prostu sprawdzić, czy golf w ogóle jest dla nas.
Koszyk piłek kosztuje 20 zł i pobiera się go z automatu. Pierwsze uderzenia bywają różne. Za to satysfakcja, kiedy piłeczka w końcu poleci mniej więcej tam, gdzie planowaliśmy – bezcenna.


Kołczewo poza polem golfowym
Po ostatnim uderzeniu nie trzeba od razu ruszać dalej. Historia Kołczewa jest znacznie starsza niż tutejsze golfowe tradycje. Wieś nad Jeziorem Kołczewo pojawia się w źródłach już na początku XIV wieku, a przez stulecia żyła przede wszystkim z rolnictwa i rybołówstwa. Najważniejszym zabytkiem jest kościół św. Katarzyny Aleksandryjskiej. Obecna ceglana świątynia pochodzi z XIX wieku, choć kościół stał w tym miejscu już kilka stuleci wcześniej.
Kołczewo jest też dobrym przystankiem dla rowerzystów. Przez miejscowość przebiega Velo Baltica, będąca częścią tras EuroVelo 10 i 13, oraz trasa prowadząca wokół wyspy Wolin.
Miasto Wolin od strony wody – rejs po Dziwnie
Po amatorskich próbach na polu golfowym, rozgrywanych “niejako” w towarzystwie zawodników XXXI Polonia Cup, zamieniliśmy zielone greeny na pokład łodzi. Z Kołczewa ruszyliśmy do miasta Wolin, by zobaczyć je z perspektywy, która najlepiej tłumaczy jego dawną potęgę – od strony wody.


Nasz rejs przygotowano na potrzeby redakcji, ale podobną wyprawę może zaplanować każdy. Można skorzystać z usług lokalnego armatora, firmy czarterowej albo przewodnika organizującego wycieczki po Dziwnie i okolicznych akwenach. Wynajem jednostki, obecność sternika i trasę najlepiej wcześniej uzgodnić. Warto też pamiętać, że sama marina jest przede wszystkim miejscem postoju i obsługi łodzi – nie oznacza automatycznie regularnych rejsów turystycznych.
Marina Wolin przy ulicy Mostowej
Kameralny basen jachtowy położony za portem rybackim, niemal dokładnie naprzeciwko Wolińskiej Kępy z Centrum Słowian i Wikingów. Marina dysponuje wyposażonymi kejami i zapleczem sanitarnym, a w jej sąsiedztwie działają hotel oraz restauracja. Mogą tu cumować zarówno małe łodzie, jak i większe jednostki. Trzeba jedynie pamiętać, że przy dużym obłożeniu manewrowanie w stosunkowo niewielkim basenie może wymagać nieco wprawy.



Dla żeglarzy przypływających od strony Zalewu Szczecińskiego to naturalny przystanek w drodze ku północnej części wyspy. Od Bałtyku robi się ciekawiej: po drodze czeka most podnoszony w Dziwnowie, a następnie trzy przeprawy w Wolinie – obrotowa, drogowa i kolejowa. Przy większej jednostce trzeba więc pilnować prześwitów i godzin otwierania mostów. Marina może być również początkiem dalszej wyprawy przez Zalew Szczeciński w stronę Szczecina, a przy odpowiednim przygotowaniu – jeszcze dalej. I nie jest wyłącznie technicznym zapleczem dla jachtów. To miejsce, które naprawdę odwracają miasto twarzą do wody. Nowoczesne, funkcjonalne i – co też przecież ma znaczenie – po prostu ładne.
Przystań Morska i miejskie kąpielisko w Wolinie
Płynąc w stronę Zalewu Szczecińskiego, trudno nie zwrócić uwagi na nową wizytówkę tej części miasta – kąpielisko przy ulicy Do Plaży, malowniczo położone u podnóża Gołogóry.


Nowa przestrzeń rekreacyjna łączy kilka rzeczy, których nad wodą potrzebujemy najbardziej: pomosty, Przystań Morską, miejsce do odpoczynku i wygodne zaplecze. Są parking, wiaty oraz stojaki rowerowe, a kolejne prace mają jeszcze zwiększyć funkcjonalność terenu.
Drugie miejsce na wypoczynek nad wodą znajdziemy kilka kilometrów dalej, przy Campingu Wolin w Sułominie nad Zalewem Szczecińskim. To dwie trochę inne propozycje: jedna blisko centrum, druga bardziej kameralna i zanurzona w krajobrazie zalewu.
Dziwna – cieśnina, która stworzyła portowe miasto
Dziwna rzeczywiście potrafi być dziwna. Choć wygląda trochę jak rzeka, jest cieśniną. A czasami woda w jej korycie może płynąć w dwóch przeciwnych kierunkach… jednocześnie. I właśnie płynąc nią, najłatwiej zrozumieć, dlaczego Wolin wyrósł kiedyś na tak ważny ośrodek.



Dziwna tworzy naturalny, osłonięty szlak komunikacyjny łączący Zalew Szczeciński i Zalew Kamieński z Bałtykiem. Od południa otwierała drogę ku Szczecinowi i wnętrzu Pomorza, od północy – do portów bałtyckich. Tędy podróżowali ludzie, towary i informacje. Dzięki takiemu położeniu Wolin we wczesnym średniowieczu stał się jednym z najważniejszych węzłów handlowych północnej Europy. Dzisiejsze mariny, pomosty i kąpielisko nie są więc wyłącznie współczesnym dodatkiem do miasta. W pewnym sensie przywracają mu to, od czego wszystko się zaczęło – życie nad wodą.
Wieża widokowa w Wolinie – panorama miasta i otaczających je wód
Po rejsie warto jeszcze przez chwilę zostać w tej części Wolina i spojrzeć na wszystko… z góry. W zrewitalizowanym parku miejskim stoi ponad 30-metrowa drewniana wieża widokowa, która zresztą sama jest całkiem ciekawym obiektem. Jej forma nawiązuje do marynistycznej tożsamości miasta, dlatego bardziej niż zwykłą platformę przypomina ogromny statek.



Z tarasu widać zabudowę Wolina, Dziwnę, mosty, rozlewiska, Wolińską Kępę z Centrum Słowian i Wikingów oraz fragment Zalewu Szczecińskiego. Innymi słowy: całkiem sporo jak na jedną, około 6-minutową wspinaczkę po platformie pnącej się ku górze.


Wieża stoi w sąsiedztwie odnowionego pomnika Trygława – trzygłowego bóstwa czczonego niegdyś przez Pomorzan i Słowian – a także amfiteatru i terenów rekreacyjnych. Można więc połączyć wejście na taras ze spacerem albo chwilą odpoczynku.



A po zejściu spójrzcie jeszcze na wizerunek… kota. To Zenon, czworonożny i futrzany świadek budowy wieży. Wolin ma swoje legendy, wikingów i średniowieczne bóstwa, ale najwyraźniej znalazło się tu miejsce także dla lokalnego kociego celebryty.
Spacer po zabytkach Wolina – podróż przez kolejne epoki
Nasza lądowa trasa nie była przypadkowym spacerem od zabytku do zabytku. Ułożyła się raczej w podróż przez kolejne warstwy historii: od książąt pomorskich, przez lokalne rzemiosło i przemysł, aż po ślady osadnictwa starsze niż większość widocznej dziś zabudowy miasta. Rozpoczęliśmy od Dworku Wolińskiego, a następnie ruszyliśmy na zwiedzanie pod opieką Magdaleny Stróżek i Andrzeja Kłosowskiego.
Oczywiście Wolin można zwiedzać samodzielnie. Tyle że tutaj wiele najciekawszych historii nie stoi przy ulicy z wielką tablicą „zabytek”. Kryją się pod współczesnymi budynkami, w przebiegu ulic, na zalesionych wzniesieniach albo w miejscach, które bez komentarza łatwo uznać za zupełnie zwyczajne.



Przewodnik pomaga sprytnie wydobyć fakty i ciekawostki, a przy tym również oddzielić ustalenia archeologów od hipotez, sag i legend narosłych wokół Jomsborga, Winety oraz skandynawskiej obecności w Wolinie. A uwierzcie, granica między nauką a legendą bywa tu naprawdę cienka.
Dworek Woliński – ślad książąt pomorskich
Na pierwszy rzut oka – elegancki barokowy dworek. Tyle że pod tą spokojną fasadą kryje się znacznie starsza historia. Budynek stoi w miejscu dawnej siedziby książąt pomorskich, określanej mianem zamku wdowiego. Rezydowały tu m.in. Anna Maria Brandenburska, wdowa po księciu Barnimie XII, oraz Zofia Saska. W drugiej połowie XVII wieku zamek, podobnie jak sąsiadujący z nim klasztor, został rozebrany przez Szwedów i zniknął z panoramy miasta.


Dzisiejszy dworek przypomina więc o mniej oczywistym rozdziale dziejów Wolina – czasach, gdy miasto pozostawało związane z dynastią Gryfitów i książęcym Pomorzem. Nie działa tu klasyczne muzeum z kasą, stałą ekspozycją i wyznaczoną trasą zwiedzania. W budynku mieści się Centrum Współpracy Międzynarodowej, a wnętrza służą spotkaniom, konferencjom, wystawom i wydarzeniom kulturalnym. Jeśli chcecie zajrzeć do środka, najlepiej wcześniej sprawdzić możliwość wejścia albo powiązać wizytę z odbywającym się tutaj wydarzeniem.
Wiatrak holenderski – zabytek dawnego przemysłu
Kilka minut dalej wyrasta kolejny świadek dawnego Wolina – XIX-wieczny wiatrak holenderski przy ulicy Jaracza. Ceglana, zwężająca się ku górze konstrukcja ma około 14 m wysokości i przez dziesięciolecia pracowała jako młyn przemysłowy. Skrzydeł już nie ma. Dawnej głowicy również. A jednak trudno go przeoczyć – pozostaje jednym z najbardziej charakterystycznych zabytków miasta.



Obiekt jest własnością prywatną i na co dzień pozostaje zamknięty. Nam udało się zajrzeć do środka i zobaczyć konstrukcję z bliska. Choć planowane tu kiedyś muzeum tradycji młynarskich nie powstało, wiatrak nadal ma ogromny potencjał – pod warunkiem że znajdzie się pomysł na jego nowe życie… a także pasja i determinacja, by ten pomysł zrealizować.
Muzeum Regionalne w Wolinie – archeologiczne serce miasta
Jeśli chcecie zrozumieć, dlaczego archeolodzy potrafią mówić o Wolinie godzinami, tutaj zaczyna się właściwa odpowiedź.
Muzeum Regionalne im. Andrzeja Kaubego otwarto w 1966 roku, więc w 2026 roku obchodzi 60-lecie działalności. Pierwsze wystawy prezentujące rezultaty wykopalisk organizowano jednak w mieście dużo wcześniej.


Początkowo muzealna opowieść, jakiej wysłuchaliśmy, skupiała się przede wszystkim na okresie od IX do XII wieku, kiedy Wolin należał do najważniejszych ośrodków handlowych południowego Bałtyku. Z czasem wraz z kolejnymi odkryciami zaczęła się rozrastać – zarówno wstecz, jak i w stronę późniejszych dziejów miasta.
Dziś w zbiorach znajdują się zabytki archeologiczne, historyczne i etnograficzne związane z Wolinem i jego okolicą, a także wyjątkowa kolekcja fotografii dokumentujących powojenne życie Pomorza Zachodniego.
Materialne dowody potęgi dawnego Wolina


Właśnie tutaj określenia takie jak „wielkie emporium”, „międzynarodowy port” czy „centrum handlowe północnej Europy” przestają brzmieć jak efektowne hasła z folderu. Dowody leżą w gablotach.
Są elementy uzbrojenia i stroju, ozdoby, monety, narzędzia, naczynia oraz najzwyklejsze przedmioty codziennego użytku. Jeden mówi coś o rzemiośle, drugi o handlu, kolejny o wierzeniach albo sposobie ubierania się mieszkańców. Najciekawsze są jednak zabytki pokazujące, jak mocno przenikały się tutaj wpływy słowiańskie, skandynawskie i zachodnioeuropejskie. Wczesnośredniowieczny Wolin zdecydowanie nie był prowincją na końcu świata. Był częścią rozległej sieci, którą krążyły towary, ludzie, pomysły i technologie.
Dlaczego warto zwiedzać muzeum z przewodnikiem?
Ekspozycje można oczywiście oglądać samodzielnie. Ale jeśli jest możliwość oprowadzania, spaceru archeologicznego albo spotkania kuratorskiego – warto skorzystać.
Bo pojedynczy grzebień czy fragment ceramiki może wyglądać dość niepozornie. Dopiero kiedy ktoś połączy go z konkretnym miejscem wykopalisk, dawną ulicą, warsztatem albo szlakiem handlowym, zaczyna się właściwa historia. Przewodnik pomaga też poruszać się po wyjątkowo grząskim gruncie pomiędzy wynikami badań nad Jomsborgiem, Winetą i sagami o skandynawskich wojownikach. W mieście, w którym nauka, kronikarski przekaz i saga stale się ze sobą przeplatają, takie oprowadzanie może całkowicie zmienić sposób patrzenia na historię. Szczerze więc polecamy.
Dwie wystawy czasowe, których nie warto pomijać
Stałą ekspozycję Muzeum Regionalnego w Wolinie uzupełniają latem 2026 roku dwie wystawy czasowe. Każda pokazuje wyspę z innej perspektywy – przez archeologię, dawne obrzędy, sztukę i pomorski krajobraz. Przed wizytą warto sprawdzić ich aktualną dostępność.
„Między śmiercią a rytuałem – odmienne praktyki pogrzebowe”
Pierwsza wystawa prowadzi w świat dawnych obrzędów pogrzebowych. Archeologiczne znaleziska zestawiono tu z obrazami Mirosława Kuźmy, dzięki czemu opowieść nie kończy się na przedmiotach wydobytych z grobów. Skłania również do refleksji nad pamięcią, przemijaniem i znaczeniem rytuałów.


Sposób chowania zmarłych wiele mówił o dawnych społecznościach – ich wierzeniach, rodzinnych więziach, pozycji pochowanych osób oraz kontaktach między różnymi kulturami. A Wolin, jeden z najważniejszych obszarów archeologicznych Pomorza Zachodniego, jest dla takiej wystawy miejscem wręcz idealnym.
Wzgórze Wisielców – historia wychodzi z muzealnych gablot
Naturalnym przedłużeniem wystawy jest Wzgórze Wisielców, położone na południe od centrum Wolina. Pod porośniętymi lasem pagórkami kryją się ślady osadnictwa z różnych epok, a przede wszystkim wczesnośredniowieczne kurhany. W XIX wieku miało ich być ponad 120, do dziś zachowało się około 30.
Badania wykazały, że stosowano tu zarówno ciałopalenie, jak i pochówki szkieletowe. Archeolodzy odnaleźli m.in. naczynia, szklane paciorki, elementy stroju i kostki związane z grą hnefatafl (taki rodzaj szachów Wikinkgów). Najbardziej przejmującym odkryciem pozostaje grób młodego mężczyzny ze związanymi rękami i odciętą głową. Jego rekonstrukcję można zobaczyć w muzeum.
Sama nazwa wzgórza jest znacznie młodsza od cmentarzyska i wiąże się z późniejszym wykonywaniem tu egzekucji. Dopiero spacer między dawnymi mogiłami pozwala poczuć, że historia Wolina nie mieści się wyłącznie w gablotach – wciąż pozostaje zapisana w krajobrazie.
„Między wodą a niebem. Wolin w malarstwie Ottona Langa-Wollina”
Druga wystawa, otwarta 27 lipca 2026 roku z okazji 60-lecia muzeum, pokazuje kilkanaście międzywojennych pejzaży Wolina. Po raz pierwszy zaprezentowano je publicznie razem.


Otto Lang-Wollin patrzył na miasto zupełnie inaczej niż archeolog. Nie interesowały go warstwy ziemi ani dawne emporium, lecz woda, nabrzeża, światło i szerokie pomorskie niebo. I właśnie dlatego oba spojrzenia dobrze się uzupełniają. Jedna wystawa prowadzi pod ziemię, druga każe podnieść głowę i spojrzeć na krajobraz.
Muzeum można zwiedzać od wtorku do niedzieli w godz. 10.00–16.00, a we wtorki wstęp jest bezpłatny.
Co archeologia mówi o dawnym Wolinie?
Muzeum porządkuje fakty. Opowieści przewodników pokazują natomiast, jak wiele wokół dawnego Wolina pozostaje sporów, interpretacji i znaków zapytania. Część przedstawianych dalej liczb i tez usłyszeliśmy właśnie podczas oprowadzania. A archeologia ma to do siebie, że jedno nowe odkrycie potrafi namieszać w teorii obowiązującej przez pół wieku. Dlatego najbardziej kategoryczne stwierdzenia warto traktować jako głos w dyskusji, a nie zawsze jej ostateczne rozstrzygnięcie.
Nadbałtycka metropolia większa od ośrodków piastowskich
Dzisiejszy Wolin liczy kilka tysięcy mieszkańców. Tymczasem około tysiąca lat temu mógł być jedną z największych metropolii tej części Europy. Według części szacunków i dawnych przekazów w grodzie nad Dziwną mogło mieszkać od 5 do nawet 15 tys. osób. Dla porównania Gniezno, uznawane za pierwszą stolicę Polski, miało liczyć około 1,5–2 tys. mieszkańców.
Dokładne wartości pozostają przedmiotem dyskusji. Nawet ostrożniejsze szacunki pokazują jednak, że Wolin nie był niewielkim grodem na marginesie państwa Piastów, lecz dużym i potężnym ośrodkiem portowym.
Mieszko I, czeska jazda i piastowscy szpiedzy
A o tym że był i pewny siebie, mieli przekonać się również Piastowie. Mieszko I miał dwukrotnie ponieść klęskę w starciach z Wolinianami. Dopiero małżeństwo z Dobrawą i wsparcie czeskiej jazdy miały przechylić szalę na jego stronę.
Ale nawet po podboju miejscowi kupcy najwyraźniej nie zamierzali nagle stać się wzorowymi poddanymi. Bolesław Chrobry miał utrzymywać w mieście własną sieć informatorów, a inwigilacja była podobno tak dokuczliwa, że Wolinianie skarżyli się na piastowskich agentów kronikarzowi Thietmarowi. Średniowieczny wywiad, kupiecka duma i walka o wpływy? Historia Wolina zdecydowanie nie cierpi na niedobór fabuły.
Srebrne Wzgórze i produkcja luksusowych grzebieni
O bogactwie dawnego Wolina świadczy istnienie rzemieślniczego przedmieścia noszącego sugestywną nazwę Srebrnego Wzgórza. To właśnie tam archeolodzy natrafili na ślady masowej, niemal fabrycznej produkcji rogowniczej. W jednym miejscu odnaleziono około 50 tys. odpadów pozostałych po wykonywaniu… luksusowych grzebieni.
Nie były to przedmioty tanie ani pospolite. Bynajmniej. Ich wytwarzanie wymagało przygotowania surowca, precyzji i wyspecjalizowanych umiejętności. Gotowe wyroby należały do towarów elitarnych i pożądanych w północnej Europie. Podobno, gdy na terenie Skandynawii odnajduje się piękny średniowieczny grzebień, prawdopodobieństwo jego wolińskiego pochodzenia ma sięgać nawet 90 proc. Za ekskluzywne towary skandynawscy kupcy płacili miejscowym rzemieślnikom srebrem. Nazwa wzgórza nie wzięła się więc znikąd.
Czy Wolin był skandynawską kolonią?
Wikingowie w Wolinie? Brzmi świetnie. Tyle że archeologia – jak zwykle – lubi komplikować dobre historie.


Skandynawscy przybysze słynęli z okrętów i uzbrojenia. Trochę gorzej szło im z garncarstwem. Ceramika słowiańska z południowego Bałtyku była ceniona również na północy, a kontakty działały w obie strony. W Skandynawii istniało zresztą także osadnictwo słowiańskie, więc prosty podział na „miejscowych” i „wikingów” szybko zaczyna się rozpadać.
Na muzealnej wystawie znajduje się zabytek uznawany za przedmiot o bezdyskusyjnie północnym pochodzeniu – fibula, czyli ozdobna zapinka do ubrania, znaleziona w Podszustce. Podczas naszej wizyty przywoływano również badania prof. Leszka Gardeły, według których część przedmiotów wcześniej uznawanych za skandynawskie mogła być lokalnymi naśladownictwami. Znaczący jest też brak typowych kobiecych pochówków skandynawskich z charakterystycznymi fibulami żółwiowatymi.
Nie znaczy to oczywiście, że Skandynawów w Wolinie nie było. Bardziej prawdopodobny wydaje się jednak obraz kosmopolitycznego portu, do którego przypływali kupcy, wojownicy, rzemieślnicy i podróżnicy z różnych stron Bałtyku. Mniej „kolonia wikingów”, bardziej średniowieczny port międzynarodowy. I chyba wcale nie mniej ciekawy.
Kompas słoneczny – nawigacja bez widocznego brzegu
Małe drewniane kółeczko może nie wyglądać jak jeden z najbardziej fascynujących zabytków dawnego Wolina. Dopóki nie dowiemy się, do czego mogło służyć. Interpretowane jest jako kompas słoneczny. Urządzenie umieszczano na misie wypełnionej wodą, a pośrodku ustawiano pionowy kołeczek. Cień miał pomagać żeglarzom utrzymywać stały kurs nawet wtedy, gdy z pokładu nie było widać brzegu.

Na świecie mają istnieć zaledwie trzy podobne egzemplarze: z Grenlandii, Wolina oraz osady handlowej Truso w pobliżu Gdańska. Eksperymenty i symulacje laboratoryjne przeprowadzone przez Muzeum Morskie w Szczecinie miały potwierdzić nawigacyjną sprawność przyrządu. Niepozorny kawałek drewna, otwarte morze i brak GPS-u. Przyznajmy: robi wrażenie.
Średniowieczny Manhattan i recykling w cieniu ciasnoty
Jeśli wyobrażacie sobie średniowieczny Wolin jako przestronny gród z szerokimi ulicami – nic z tego. Bezpieczny grunt wewnątrz umocnień był cenny, dlatego zabudowa robiła się niezwykle gęsta. Uliczki pomiędzy domami mogły mieć zaledwie 60 cm szerokości. Średniowieczny Manhattan? Trochę tak. Tylko zamiast drapaczy chmur były drewniane domy, dym, wilgoć i tłok.
Mieszkańcy radzili sobie z niedoborem materiałów całkiem kreatywnie. Do budowy nowych domów wykorzystywano choćby elementy rozebranych statków, w tym stępki. Recykling na długo przed pojawieniem się segregacji odpadów.

Po pożarach i najazdach szybko stawiano prostsze domy plecionkowe z wikliny, gliny, sieczki i krowiego łajna. Budynki palisadowe, uznawane za technologię importowaną ze Skandynawii, miały natomiast słupy ciosane na planie kwadratu.
Archeologom zagadek dostarczyły również obiekty bez palenisk, za to wypełnione tysiącami łupin orzechów laskowych. Zaczęto interpretować je jako miejskie magazyny.

W Wolinie nawet szerokość drewnianej deski potrafi więc stać się materiałem do naukowej debaty.
Siekańce i srebro odmierzane na wagę
Karta, telefon, moneta? W średniowiecznym Wolinie najważniejsze było coś innego – ile srebra naprawdę macie. Monety i ozdoby cięto na mniejsze fragmenty, czyli siekańce, a następnie ważono je podczas transakcji. Liczyła się przede wszystkim ilość kruszcu, nie nominał wybity na powierzchni.
Za gram srebra można było podobno kupić około dziesięciu kurczaków, podczas gdy standardowa moneta ważyła mniej więcej półtora grama. Oczywiście ceny zmieniały się zależnie od miejsca, czasu i dostępności towaru, ale taki przykład dobrze pokazuje, że średniowieczna gospodarka była bardziej „na wagę” niż „na sztuki”.
Tabliczki woskowe – średniowieczne laptopy
Średniowieczny laptop nie potrzebował ładowarki. Wystarczały drewno, wosk i rylec. Tabliczki woskowe służyły do zapisywania rachunków, transakcji czy ćwiczenia pisania. Drewnianą ramkę wypełniano woskiem, nanoszono znaki, a gdy zapis przestawał być potrzebny – powierzchnię wygładzano i używano ponownie. Praktycznie, tanio i ekologicznie.


Ponieważ tabliczkę można było trzymać na kolanach i pracować na niej z informacją, badacze i rekonstruktorzy żartobliwie nazywają ją średniowiecznym laptopem. Za jednego z największych współczesnych specjalistów od ich odtwarzania uchodzi rzemieślnik Kostek (tak, to ten pan na zdjęciu powyżej), który poświęcił tematowi obszerną publikację.
Pogaństwo, święty koń i opór wobec chrztu
Świat Wolinian nie kończył się na srebrze, handlu i dalekich rejsach. Były też bóstwa, rytuały i… koń, którego absolutnie nikt nie miał prawa dosiadać. Chrześcijaństwo docierało na Pomorze znacznie wolniej niż do centrum państwa Piastów. Biskupstwo w Kołobrzegu, utworzone z inicjatywy Bolesława Chrobrego, nie przetrwało, a według przywoływanej podczas spaceru opowieści tamtejszy biskup miał w 1007 roku opuścić region, uciekając przed gniewem Pomorzan.
W opowieściach o dawnych sanktuariach szczególną rolę odgrywał święty koń wykorzystywany podczas wróżb. Zwierzę przeprowadzano nad rozłożonymi włóczniami. Jeśli nadepnęło na broń, znak uznawano za niepomyślny i można było zrezygnować z planowanej wyprawy wojennej. Koń był przy tym tak ważny, że nikt nie miał prawa go dosiadać.
Podczas oprowadzania pojawiła się również teza, że bardziej wyodrębnione słowiańskie świątynie – kątiny – mogły rozwinąć się pod wpływem kontaktu z architekturą chrześcijańską. Jak w wielu przypadkach związanych z religią dawnych Słowian, źródeł jest niewiele, a interpretacji sporo.
Misja Ottona z Bambergu i koniec dawnego porządku
Przełom przyniosły wyprawy Bolesława Krzywoustego oraz misja Ottona z Bambergu w 1124 roku. Chrystianizacja Pomorza nie wydarzyła się jednak jednego dnia. Był to długi proces, w którym stare wierzenia, zwyczaje i struktury społeczne stopniowo ustępowały nowemu porządkowi.
Podczas oprowadzania zwracano również uwagę na rozległość dawnego osadnictwa słowiańskiego na zachód od Odry i Łaby. Jego śladów dopatruje się m.in. w nazwach miejscowości – choć konkretne etymologie bywają przedmiotem sporów językoznawców. Bezsporne pozostaje natomiast to, że słowiańskie dziedzictwo długo kształtowało południowe wybrzeża Bałtyku, a Pomorze przez stulecia rozwijało się jako odrębny organizm polityczny rządzony przez Gryfitów. Jednym z ostatnich wielkich bastionów religii słowiańskiej była Arkona na Rugii, zdobyta przez Duńczyków w 1168 roku. Wtedy dawny porządek naprawdę zaczął przechodzić do historii.
Wiec i kupiecka demokracja Wolina
Wolin nie tylko handlował jak wielkie miasto. Miał też własny pomysł na władzę. Ważną rolę odgrywał wiec, czyli zgromadzenie mieszkańców podejmujące decyzje dotyczące wspólnoty. Można widzieć w nim formę plemiennej lub kupieckiej demokracji. Taki model sprzyjał niezależności i mocno utrudniał podporządkowanie miasta jednemu władcy. Pomaga też zrozumieć, dlaczego bogaci Wolinianie niekoniecznie marzyli o tym, by ktoś z Gniezna lub Krakowa zaczął mówić im, co mają robić. Republikańska duma portowego miasta? Brzmi całkiem współcześnie.
Centrum Słowian i Wikingów w Wolinie – historyczna osada i żywa lekcja dawnych dziejów
Po muzealnych gablotach, archeologii i sporach badaczy czas zobaczyć, jak ten świat mógł wyglądać w praktyce. Przechodzimy mostem na wyspę Ostrów i niemal od razu zmienia się scenografia. Za plecami zostaje współczesne miasto, przed nami pojawiają się palisady, drewniane chaty, warsztaty i łodzie. Tutaj działa Centrum Słowian i Wikingów, czyli rekonstrukcja fragmentu wczesnośredniowiecznej osady inspirowanej wynikami badań prowadzonych w Wolinie i innych ośrodkach bałtyckich.


Do domów można wejść. W środku są repliki mebli, naczyń, narzędzi i przedmiotów codziennego użytku. Dopiero tutaj dobrze widać, jak niewiele przestrzeni mieli do dyspozycji mieszkańcy i jak wiele funkcji musiało zmieścić się w jednym niewielkim wnętrzu.


Ale prawdziwą siłą Centrum nie są same budynki. Są nią ludzie. Podczas pokazów i warsztatów można zobaczyć obróbkę drewna, lepienie naczyń, tkanie, wykonywanie ozdób, rozpalanie ognia, pieczenie chleba czy przygotowywanie historycznego uzbrojenia. W czasie naszej wizyty przyglądaliśmy się pracy rzemieślników, m.in. Grzegorza Filarczyka, który odtwarza dawną biżuterię, oraz Wojtka Kohmana. I przekonaliśmy się, że dawni tkacze zdecydowanie nie mieli lekkiego życia. Na wykonanie jednego metra kwadratowego materiału potrzeba było około 2 km nici i nawet trzech tygodni ciągłego przędzenia, podczas gdy dzienny postęp na krośnie mógł wynosić około 20 cm. Po takiej informacji trochę inaczej patrzy się na zwykły kawałek tkaniny.
Program i skład prowadzących zmieniają się w ciągu roku, dlatego przed przyjazdem warto sprawdzić, jakie pokazy i warsztaty będą dostępne. Warto też pamiętać, że słowo „wikingowie” nie oznacza tutaj jednego ludu żyjącego wyłącznie w Skandynawii. Osada pokazuje raczej świat kontaktu – Słowian, przybyszy z północy, kupców z zachodniej Europy i podróżników z dalszych stron. To również świetne miejsce dla rodzin. Dzieci nie muszą zapamiętywać dat z tablicy. Mogą wejść do chaty, dotknąć materiałów, zobaczyć narzędzia i przekonać się, ile pracy wymagało kiedyś wykonanie czegoś tak zwyczajnego jak naczynie czy fragment ubrania. Na spokojną wizytę warto przeznaczyć co najmniej dwie godziny. W dni warsztatowe – zdecydowanie więcej.
Festiwal Słowian i Wikingów – kiedy osada całkowicie zmienia charakter
Przez większą część roku na Ostrowie jest spokojnie. Można chodzić między chatami, zaglądać do warsztatów i rozmawiać z rekonstruktorami. A potem zaczyna się festiwal. I nagle pomiędzy zabudowaniami wyrastają całe obozowiska, płoną ogniska, ruszają kuźnie, na placach ćwiczą wojownicy, a nad Dziwną słychać młoty, instrumenty, okrzyki i szczęk broni.


Festiwal Słowian i Wikingów należy do największych europejskich spotkań poświęconych kulturze wczesnego średniowiecza. Do Wolina przyjeżdżają rekonstruktorzy z Polski, Skandynawii, Europy Zachodniej i krajów bałtyckich.
Historyczna część programu odbywa się przede wszystkim w Centrum Słowian i Wikingów. Większe koncerty, spektakle oraz wydarzenia towarzyszące mogą zajmować również miejskie błonia i przestrzenie nad Dziwną.
Bitwy, pojedynki i pokazy uzbrojenia
Najwięcej widzów przyciągają oczywiście bitwy. Na plac wychodzą zwarte oddziały z włóczniami, mieczami, toporami i tarczami. Są starcia drużyn, pojedynki, turnieje oraz inscenizacje walk o most czy gród. Z bliska można zobaczyć, że średniowieczna walka miała niewiele wspólnego z efektowną choreografią z kina fantasy.



Rekonstruktorzy prezentują sposoby używania broni, formowania szyków i współpracy pomiędzy walczącymi. Z bliska można zobaczyć, jak ciężka była kolczuga, jak ograniczone pole widzenia zapewniał hełm i dlaczego skuteczność oddziału zależała bardziej od dyscypliny niż od efektownych popisów pojedynczego wojownika.
Nie wszystko musi jednak kończyć się wielką bitwą. W obozach można spokojnie obejrzeć uzbrojenie i porozmawiać z rekonstruktorami o tym, czym różnił się miecz od topora, jak budowano tarcze i które elementy wyposażenia odtworzono na podstawie konkretnych znalezisk.
Dawne rzemiosła – od surowca do gotowego przedmiotu
Równie ważna jest strefa rzemiosł. Osada zamienia się w wielki warsztat, w którym można obserwować garncarzy, kowali, tkaczy, szewców, jubilerów, snycerzy, bursztynników oraz osoby zajmujące się obróbką kości i rogu.




Można zobaczyć lepienie i wypalanie naczyń, obróbkę drewna, tkanie, przędzenie, barwienie materiałów, bicie monet czy wykonywanie elementów stroju. I właśnie wtedy niewielka sprzączka albo prosty grzebień przestają wyglądać jak banalny muzealny eksponat. Widać, ile godzin pracy się w tym kryje.




Część rzemieślników prowadzi warsztaty, podczas których uczestnicy mogą samodzielnie spróbować dawnych technik.
Obrzędy, wierzenia i granice rekonstrukcji
Festiwal zagląda również do świata dawnych wierzeń. Pojawiają się inscenizacje obrzędów, rytuały ognia, procesje i opowieści o bóstwach oraz kulcie przodków. Osoby odtwarzające role żerców i kapłanów opowiadają o wierzeniach, symbolach oraz źródłach wykorzystywanych do przygotowania widowisk. Tutaj warto jednak pamiętać o jednym: nasza wiedza o religii przedchrześcijańskich Słowian jest niepełna.

Kroniki, archeologia i późniejsze przekazy pozwalają odtworzyć tylko część tego świata. Festiwalowe rytuały są więc interpretacją źródeł, a nie nagraniem dokładnie odtworzonej uroczystości sprzed tysiąca lat. Najlepsi rekonstruktorzy jasno mówią, gdzie kończy się wiedza, a zaczyna hipoteza. Ciekawe i pouczające.
Festiwal z dziećmi
Rodziny mogą korzystać z programu gier, zabaw i konkurencji inspirowanych dawnymi aktywnościami. Organizowane są zawody sprawnościowe, nauka łucznictwa, zabawy zręcznościowe, tańce oraz konkursy na historyczny strój, najdłuższy warkocz czy najbardziej okazałą brodę. Dzięki temu najmłodsi nie muszą ograniczać się do oglądania bitew. Mogą aktywnie wejść w świat festiwalowej osady. Rodzice małych dzieci powinni jedynie pamiętać, że okrzyki wojowników, uderzenia broni i pokazy ognia bywają bardzo głośne.
Wykłady i rozmowy z badaczami
Festiwal nie kończy się na widowisku. W programie są również wykłady i spotkania z archeologami, historykami oraz doświadczonymi rekonstruktorami. Rozmowy dotyczą m.in. dawnych wierzeń, handlu na Bałtyku, Jomswikingów, archeologii Wolina, uzbrojenia czy codziennego życia. To najlepsze możliwie miejsce, żeby sprawdzić, ile prawdziwego średniowiecza jest w naszym wyobrażeniu o średniowieczu, a ile dopisały filmy, gry i literatura fantasy.
Historyczne łodzie i znaczenie portu
W Wolinie trudno opowiadać historię… bez wody. Podczas festiwalu pojawiają się więc historyczne łodzie, próby wioseł, rejsy i prezentacje pokazujące, jak ogromne znaczenie miała żegluga. Port był przecież podstawą dawnej potęgi miasta. To tędy przybywali kupcy, wojownicy i rzemieślnicy. Tędy odpływały towary. I właśnie z pokładu łodzi najlepiej zrozumieć, dlaczego Wolin powstał akurat tutaj.


Muzyka, teatr i pokazy ognia
Po zmroku festiwal nie zwalnia. Zmienia tylko klimat. Pojawia się muzyka inspirowana kulturą słowiańską i skandynawską, teatr, kuglarze, spektakle i pokazy ognia. Świat rekonstrukcji powoli przechodzi w widowisko. I trzeba przyznać, że drewniana osada oświetlona ogniem ma wtedy zupełnie inną energię niż w środku dnia.


Kuchnia inspirowana wczesnym średniowieczem
A co jedli ludzie przed pojawieniem się w Europie ziemniaków, pomidorów i kakao? Podczas festiwalu można spróbować współczesnych interpretacji dawnych potraw opartych na kaszach, rybach, mięsie, roślinach strączkowych, ziołach, miodzie i owocach. Nie są to oczywiście receptury przepisane z wolińskiej książki kucharskiej sprzed tysiąca lat. Takowa się nie zachowała. Dania powstają na podstawie wiedzy archeologicznej i dawnych źródeł.


Festiwal odbywa się po obu stronach Dziwny. Na Ostrowie dominuje część historyczna, na miejskich błoniach pojawiają się kolejne atrakcje. W programie edycji 2026 znalazły się m.in. Jarmark Słowiański, Miasteczko Muzealne, animacje dla dzieci, zapasy i koncerty na Scenie nad Dziwną. Nie brakuje również współczesnej kuchni regionalnej – ryb, wypieków, produktów mlecznych, przetworów i miodów. Warto wypatrywać lokalnych producentów, w tym rzemieślniczych miodów (w tym pitnych). Czasem pojawiają się gwiazdy, jak np. zdobywca 70 medalów na konkursach świata Miodosytnia Piwowar Dziki Miód z Pomorza Zachodniego.


Na festiwal najlepiej przeznaczyć minimum cały dzień. Rano warsztaty, później bitwa lub turniej, wieczorem koncert albo spektakl. Pełne buty, nakrycie głowy i woda bardzo się przydadzą. Bo to nie jest jedna inscenizacja do obejrzenia w pół godziny. To raczej kilkudniowe zanurzenie w świecie rekonstrukcji, archeologii i historii eksperymentalnej.
Wolin po zmroku – legendy, Reformacja i trudna pamięć miasta
Za dnia Wolin jest ciekawy. Po 22.00 i z przewodniczką przebraną za zakonnicę robi się zdecydowanie ciekawiej. Tak rozpoczął się nasz nocny spacer prowadzony przez Magdalenę Stróżek. Mrok zupełnie zmienił budynki i place, które znaliśmy już z dziennego zwiedzania. Zwyczajne miejskie przestrzenie nagle stały się scenografią dla historii o religii, władzy, propagandzie i dziedzictwie, które nie zawsze udawało się ochronić.
Harald Sinozęby i współczesny kamień runiczny
Przy neogotyckim ratuszu stoi kamień runiczny poświęcony Haraldowi Sinozębemu. I zanim ktoś zacznie szukać na nim tysiącletnich śladów – uprzedzamy: monument jest współczesny. Odsłonięto go w 2014 roku podczas Festiwalu Słowian i Wikingów, inspirując się słynnymi kamieniami z duńskiego Jelling.


Harald w X wieHarald w X wieku zjednoczył Danię i Norwegię oraz przyjął chrześcijaństwo. Z Wolinem łączy go przede wszystkim legenda. Po buncie syna, Swena Widłobrodego, ranny król miał uciec na ziemie Słowian i umrzeć w Jomsborgu – utożsamianym przez część badaczy właśnie z Wolinem. Kolorowy głaz z runami nie jest więc średniowiecznym zabytkiem. Jest współczesnym ukłonem w stronę jednej z najbardziej kuszących opowieści miasta.
Pomnik Tysiąclecia i powojenna polityka pamięci
Kilka kroków dalej historia skręca w zupełnie inną stronę. Pomnik Tysiąclecia z 1967 roku, nazywany Światowidem Rybakiem, wpisywał się w powojenną narrację mocno podkreślającą słowiańską i polską przeszłość ziem przyłączonych do Polski po 1945 roku.



Taki sposób opowiadania historii często upraszczał niemieckie dzieje regionu i pomijał doświadczenie wysiedlonej ludności. Sam monument jest zresztą mocno przetworzoną interpretacją. Jego znacznie ciekawszy pierwowzór można zobaczyć w Muzeum Regionalnym: niewielką drewnianą figurkę czterotwarzowego Światowida Wolińskiego, datowaną na IX wiek.
Zabytek odkryto przypadkowo w 1973 roku podczas prac w rejonie wolińskiej mleczarni. Niepozorna figurka należy dziś do najcenniejszych przedmiotów w kolekcji i stanowi jeden z najbardziej wyjątkowych przykładów słowiańskiej rzeźby kultowej odnalezionych na terenie Polski. Skromna a bezcenna.
Cysterki, czyli wolińskie „Tysterki”
Nocna trasa zaprowadziła nas również do historii cysterek, nazywanych przez mieszkańców Tysterkami. Zakonnice posiadały własną kaplicę, rozbudowany klasztor, okoliczne wsie, browar i zaplecze do przetwórstwa ryb. Miały także specjalne prawa do korzystania z Dziwny. Krótko mówiąc: miały wpływy.


Zakon zlikwidowano w czasie Reformacji, a dawny teren klasztorny zaczął z czasem pełnić inne funkcje. Jego historia połączyła się później z zamkiem, którego śladem jest dzisiejszy Dworek Woliński.
Jan Bugenhagen – Doktor Pomorski
Z Wolinem był związany również Jan Bugenhagen, jeden z najbliższych współpracowników Marcina Lutra. Nazywany Doktorem Pomorskim odegrał ważną rolę w organizowaniu Kościołów luterańskich w północnej Europie. I właśnie tutaj lokalna historia nagle przestaje być lokalna. Opowieść o niewielkim mieście nad Dziwną łączy się z Reformacją – jednym z największych religijnych i politycznych przewrotów XVI-wiecznej Europy.
Kolegiata św. Mikołaja – nocne wejście na wieżę
Nocą weszliśmy również do kolegiaty św. Mikołaja, a potem na jej wieżę. Świątynia ma gotyckie korzenie sięgające XIII wieku i jest jednym z najważniejszych architektonicznych świadków dawnej rangi Wolina.


W marcu 1945 roku została niemal całkowicie zniszczona podczas walk o miasto. Odbudowa trwała później przez wiele dziesięcioleci. Nocne wejście przyprawia miejsce o odrobinę romantycznej magii, ale zapewniamy – za dnia także robi wrażenie.
„Zbrodnia archeologiczna” lat 70.
Najmocniejsza historia wieczoru nie dotyczyła jednak średniowiecznych bitew. W latach 70. rozpoczęto budowę osiedli na terenach kryjących relikty pierwszej kolegiaty, cmentarzyska i starszej zabudowy. Według relacji przywoływanych podczas spaceru archeolodzy nie dostali wystarczająco dużo czasu na dokładne przebadanie stanowiska. Budowa miała iść dalej.

Ciężkie młoty i maszyny niszczyły stare mury oraz groby, a część materiału później wykorzystywano ponownie. Lokalni przewodnicy mówią o tych wydarzeniach jako o „zbrodni archeologicznej”. I niestety – patrząc na zabudowę powstałą w tym miejscu – określenie „zbrodnia architektoniczna” również nie wydaje się zupełnie bezpodstawne.

Pod fundamentami jednego z bloków ma do dziś znajdować się grób utożsamiany z pochówkiem pierwszego biskupa Pomorza Zachodniego. Część dokumentacji udało się uratować pracownikom muzeum. To historia, która dobrze przypomina, że dziedzictwo może znikać nie tylko podczas wojny. Czasem wystarczą pośpiech, brak świadomości i źle rozumiana modernizacja.
Woliński Park Narodowy – klify, bukowe lasy i najpiękniejsza przyroda
Po archeologii, wikingach, reformacji i zimnowojennych historiach dobrze trochę przewietrzyć głowę. Jeden z najpiękniejszych parków narodowych w Polsce – Woliński Park Narodowy – robi to wyjątkowo skutecznie. Bałtyk podcina tutaj wysokie klify i nieustannie modeluje linię brzegową. Najwyższe urwiska osiągają około 95 m, a ponad nimi rozciągają się bukowe, sosnowe i mieszane lasy.
Park zajmuje około 10 937 ha i obejmuje nie tylko ląd, ale również fragment Zatoki Pomorskiej, Zalewu Szczecińskiego i wstecznej delty Świny. Od 1996 roku chroni także ekosystemy morskie. Są tu również przyrodnicze ciekawostki o nazwach zdecydowanie łatwiejszych do zapamiętania niż łacińskie odpowiedniki. Wiciokrzew pomorski nazywany jest polską lianą, a mikołajek nadmorski – polskim kaktusem.
Do tego żubry, Jezioro Turkusowe, wysokie klify i kilka świetnych szlaków. Przez park prowadzą trzy główne trasy: czerwony wzdłuż wybrzeża, niebieski nad Zalewem Szczecińskim i zielony w stronę żubrów oraz jezior. Przed wyruszeniem warto sprawdzić aktualne komunikaty. Po sztormach i osunięciach niektóre fragmenty mogą być czasowo zamknięte. I oczywiście poruszamy się wyłącznie po wyznaczonych drogach i ścieżkach.
Wzgórze Gosań – najwyższy klif polskiego wybrzeża
Gosań urzeka nie długością trasy, lecz widokiem na jej końcu. Samochód zostawiamy przy drodze nr 102 między Międzyzdrojami a Wisełką, a dalej ruszamy krótkim leśnym szlakiem, który na ostatnim odcinku prowadzi lekko pod górę.


Nagroda pojawia się nagle: otwarta panorama Zatoki Pomorskiej, pasa plaży, statków stojących na redzie oraz wybrzeża ciągnącego się w stronę Międzyzdrojów i Świnoujścia. Przy dobrej widoczności można dostrzec także niemiecką część Uznamu. Gosań, wznoszący się na około 93–95 m n.p.m., jest najwyższym klifowym punktem polskiego wybrzeża i najlepiej pokazuje skalę wolińskich urwisk. W lesie zachowały się również ślady dawnej infrastruktury wojskowej. Cała wycieczka zajmuje mniej niż godzinę, ale warto przyjechać rano lub pod wieczór – wtedy jest spokojniej, a światło pięknie podkreśla linię klifów.
Jezioro Czajcze – spokojna trasa z legendą i leśnym klimatem
Po spektakularnych klifach czas na zupełnie inną stronę Wolina. Jezioro Czajcze leży z dala od gwaru nadmorskich kurortów. To największe śródlądowe jezioro Wolińskiego Parku Narodowego, otoczone lasem, stromymi zboczami i mocno urozmaiconą linią brzegową. Najciekawszym fragmentem jest półwysep, który jeszcze w XIX wieku był… wyspą.
Prowadzi na niego zielony szlak z Warnowa w stronę Wisełki. Po drodze zobaczymy ślady dawnego grodziska, relikty grobli oraz Wydrzy Głaz – częściowo zanurzony kamień narzutowy, na którym według lokalnych opowieści lubiły odpoczywać wydry. Czy faktycznie miały swoje ulubione miejsce na kamieniu? Tego nie potwierdzimy. Nazwa jest jednak zbyt dobra, żeby z niej rezygnować. Po deszczu trasa bywa błotnista, a możliwość podejścia do głazu zależy od poziomu wody.
Zagroda Pokazowa Żubrów – rodzinne spotkanie z symbolem parku
Do żubrów nie podjeżdża się pod samą bramę samochodem. I chyba dobrze. Ostatni odcinek prowadzi przez las, najczęściej zielonym szlakiem z Międzyzdrojów albo od parkingu przy drodze nr 102. Dzięki temu spotkanie z największym ssakiem Europy ma odpowiednią oprawę. Zagroda nie jest klasycznym zoo. To ośrodek hodowli żubrów i rehabilitacji dzikich zwierząt.



Żubry mają duże leśne wybiegi, więc nie zawsze stoją cierpliwie przy platformie i czekają na turystów. Czasem trzeba na nie chwilę poczekać. W oddzielnych zagrodach można zobaczyć również jelenie, sarny, dziki czy ptaki znajdujące się pod opieką ośrodka. Przygotowano drewniane podesty i tablice edukacyjne, a część infrastruktury dostosowano do potrzeb osób z ograniczoną mobilnością. Na wycieczkę warto zarezerwować więcej czasu – sam spacer w obie strony może potrwać ponad godzinę
Południowa część wyspy – Wapnica, Lubin i Delta Świny
Po klifach i bukowych lasach północnej części wyspy krajobraz zmienia się niemal całkowicie. Na południu dominują spokojniejsze wody, trzcinowiska, rozlewiska i wyniesienia otwierające widok na Zalew Szczeciński. To mniej kurortowe, a często dużo bardziej nieoczywiste oblicze Wolina.
Jezioro Turkusowe w Wapnicy – kolorowa perełka w dawnym wyrobisku kredy
Pierwsze spojrzenie na Jezioro Turkusowe może sugerować, że ktoś przesadził z obróbką zdjęć. Nic z tych rzeczy – w słoneczny dzień tafla naprawdę przybiera intensywny, niebieskozielony kolor.


To pamiątka po dawnym wyrobisku kredy, które po zakończeniu eksploatacji wypełniło się wodą. Jasne osady na dnie odbijają światło, dlatego odcień jeziora zmienia się wraz z pogodą i porą dnia. Najlepiej podziwiać je z Piaskowej Góry, do której prowadzi krótka, miejscami stroma trasa. Akwen ma około 21 m głębokości i nie jest kąpieliskiem – brzegi są strome, a wchodzenie do wody zabronione. Wapnica sprawdzi się też jako początek dłuższej wycieczki w stronę Lubina, Zielonki lub niebieskiego szlaku Wolińskiego Parku Narodowego.
Grodzisko w Lubinie – widok na Krainę 44 Wysp i Zalew Szczeciński
Lubin pozostaje trochę w cieniu nadmorskich kurortów. I całe szczęście. Największym skarbem tej spokojnej miejscowości jest średniowieczne grodzisko położone wysoko nad Zalewem Szczecińskim. Od X do XII wieku funkcjonował tu ważny ośrodek osadniczy. Archeolodzy odkryli pozostałości umocnień, ceramikę, przedmioty codziennego użytku i relikty wczesnej świątyni chrześcijańskiej.



Ale większość współczesnych odwiedzających patrzy najpierw nie pod nogi, tylko przed siebie. Z tarasów widokowych rozciąga się panorama Wicka Wielkiego, wysepek, kanałów oraz statków płynących torem wodnym między Szczecinem a Świnoujściem. Stąd i tu najlepiej widać, skąd wzięła się nazwa Kraina 44 Wysp.




Na terenie grodziska wyznaczono ścieżki i miejsca odpoczynku, a w pobliżu stoi kościół Matki Bożej Jasnogórskiej z granitową chrzcielnicą. Plan pobytu w Lubinie warto połączyć z Jeziorem Turkusowym i punktem widokowym w Zielonce. Wszystkie są niedaleko.
Delta Świny – dzikie rozlewiska, ptaki i przyroda dla małych i dużych
Są miejsca, w których trudno powiedzieć, gdzie kończy się ląd, a zaczyna woda. Delta Świny zdecydowanie do nich należy. Sieć wysepek, mielizn, kanałów i trzcinowisk powstała pod wpływem cofki – silny wiatr wtłacza wodę z Bałtyku w stronę Zalewu Szczecińskiego, nieustannie modelując tutejszy krajobraz. Wsteczna Delta Świny zajmuje ponad 3000 ha i jest ważną ostoją ptaków wodnych oraz błotnych. Można zobaczyć tu m.in. bieliki, czaple, żurawie, gęsi i rybitwy.
Najlepiej poznawać tę część wyspy z pokładu niewielkiej łodzi albo kajaka. Trzeba jednak pamiętać, że część wysepek objęta jest ochroną i pozostaje niedostępna dla turystów. Jeśli wolicie ląd, świetne panoramy czekają w Zielonce i na grodzisku w Lubinie. Nie ma promenad, beach barów ani tłumu parawanów. Są za to woda, trzciny, ptaki i jeden z najbardziej niezwykłych krajobrazów polskiego wybrzeża.
Nadmorskie miejscowości na wyspie Wolin
Wyspa nie byłaby pełna bez swoich miejscowości wypoczynkowych. Każda z nich ma jednak inny charakter. Międzyzdroje oferują najwięcej miejskich atrakcji i wydarzeń. Wisełka pozostaje spokojniejsza i silniej związana z lasem. Międzywodzie łączy szeroką plażę z bliskością Zalewu Kamieńskiego.
Międzyzdroje – molo, Promenada Gwiazd i brama do parku
Międzyzdroje najłatwiej zaszufladkować jako gwarny kurort pełen wakacyjnych wydarzeń, kawiarni i spacerowiczów, ale miasto ma co najmniej dwa wyraźnie odmienne oblicza. Pierwsze grupa atrakcji Międzyzdrojów skupia się wokół szerokiej, piaszczystej plaży, Promenady Gwiazd oraz mierzącego około 395 metrów mola, uznawanego za najdłuższą betonową konstrukcję tego rodzaju w Polsce. Tutaj bije wakacyjne serce miasta, odbywają się koncerty, turnieje plażowe i wydarzenia plenerowe, a z końca mola można spojrzeć na Zatokę Pomorską albo wyruszyć w krótki rejs. Wystarczy jednak odejść nieco dalej od deptaka, by hałas kurortu ustąpił miejsca zupełnie innemu krajobrazowi. Międzyzdroje są bowiem jedną z najwygodniejszych bram do atrakcji Wolińskiego Parku Narodowego.


Z centrum można ruszyć w stronę Kawczej Góry, wejść na klif po efektownych drewnianych schodach, odwiedzić Muzeum Przyrodnicze albo zaplanować dłuższą wędrówkę do Zagrody Pokazowej Żubrów. Miasto dobrze sprawdza się również podczas rodzinnego wyjazdu i w dni, gdy pogoda nie sprzyja plażowaniu.




W centrum działają oceanarium z podwodnym półtunelem, planetarium, Gabinet Figur Woskowych oraz Bałtycki Park Miniatur, prezentujący modele zabytków i latarni morskich z krajów położonych nad Bałtykiem. Spokojniejszą stronę kurortu można z kolei odnaleźć w Parku Zdrojowym im. Fryderyka Chopina oraz przy neogotyckim kościele św. Piotra Apostoła.
Kawcza Góra – widokowy szlak z Międzyzdrojów na klifowe wybrzeże i plażę
Kawcza Góra to naturalny kierunek spaceru po wschodniej części Międzyzdrojów. Z Alei Gwiazd wystarczy ruszyć w stronę lasu i wejść na szlak prowadzący przez Woliński Park Narodowy.

Wzniesienie ma około 61 m n.p.m. Na szczyt można dotrzeć leśną trasą albo od strony plaży, pokonując długie drewniane schody. Drugi wariant jest bardziej wymagający, ale też znacznie bardziej widowiskowy.

Z góry można spojrzeć na plażę, molo i zabudowę Międzyzdrojów. Po drodze znajdują się również obeliski upamiętniające zjazdy leśników. A dawna niemiecka nazwa wzgórza – Kaffeeberg, czyli Góra Kawiarniana – przypomina, że przed laty działała tu kawiarnia. Nie najgorsze miejsce na kawę.
Muzeum Przyrodnicze WPN w Międzyzdrojach – nowoczesna ekspozycja prezentująca faunę i florę wyspy
Przed wyjściem na szlak warto wiedzieć, na co właściwie patrzeć. I właśnie po to dobrze zajrzeć do Muzeum Przyrodniczego Wolińskiego Parku Narodowego. Ekspozycje pokazują klify, lasy, jeziora, wody morskie i rozlewiska delty. W dioramach można zobaczyć m.in. bieliki, żubry, jelenie, dziki, lisy, foki i ptaki wodne.
Część geologiczna tłumaczy natomiast, skąd wzięły się klify i jeziora oraz jak zbudowana jest wyspa. Dzięki temu późniejszy spacer przestaje być tylko „ładnym lasem i widokiem na morze” – zaczynamy zauważać trochę więcej. Dla dzieci przygotowano elementy interaktywne i zadania edukacyjne. A przy okazji to całkiem dobry plan B w przypadku niepogody.
Wisełka – spokojny kurort pomiędzy lasem, jeziorem i Bałtykiem
Wisełka jest dla tych, którzy chcą spać nad morzem, ale nie potrzebują do szczęścia promenady, wielkiego mola i nocnego gwaru. Miejscowość otaczają lasy Wolińskiego Parku Narodowego, morenowe wzgórza i jeziora. Do plaży – jednej z najpiękniejszych dzikich plaż nad Bałtykiem w Rankingu Polskich Plaż – nie wychodzi się bezpośrednio z deptaka. Od centrum trzeba przejść około półtora kilometra przez las.


Niedogodność? Dla jednych tak. Dla innych najlepsza część dnia. Brak zabudowy przy samym brzegu sprawia, że dojście nad Bałtyk jest właściwie codziennym leśnym spacerem. Sama plaża pozostaje szeroka, piaszczysta i zdecydowanie bardziej dzika niż w Międzyzdrojach.
Nie ma rozbudowanej promenady ani gęstej infrastruktury. Jest za to więcej przestrzeni i las schodzący niemal do wydm. W samej Wisełce znajduje się również jezioro, a miejscowość jest świetną bazą dla piechurów i rowerzystów. Można stąd ruszyć w stronę Jeziora Czajczego, Kołczewa, Kikuta czy Międzywodzia.
Międzywodzie – spokojniejsza plaża i rodzinny wypoczynek między Bałtykiem a Zalewem Kamieńskim
Nazwa zdradza wszystko: Międzywodzie rzeczywiście leży pomiędzy wodami. Z jednej strony Bałtyk, z drugiej Zalew Kamieński. Czasem kilkanaście minut spaceru wystarczy, żeby zamienić otwarte morze na znacznie spokojniejszy akwen.

Kurort jest mniejszy i bardziej kameralny niż Międzyzdroje. Nie ma tak rozbudowanej promenady ani równie intensywnego kalendarza imprez.


Najważniejsza pozostaje szeroka plaża, oddzielona od miejscowości wydmami i lasem. Zejścia są rozłożone na długim odcinku, dzięki czemu nawet latem można poszukać trochę spokojniejszego miejsca. Od strony zalewu działa port i przestrzeń rekreacyjna, a łagodniejsze wody sprzyjają kajakom i żeglarstwu. Międzywodzie dobrze sprawdza się jako baza rodzinna i rowerowa – można stąd ruszać zarówno w stronę Dziwnowa, jak i Wisełki, Kołczewa czy wnętrza wyspy.
Militarne atrakcje wyspy Wolin – bunkry, forty i podziemia
Myśleliście, że po wikingach, Światowidzie, książętach pomorskich i żubrach Wolin wyczerpał już repertuar? Niezupełnie. W lasach i na zachodnim wybrzeżu wyspy kryją się ślady niemieckich eksperymentów zbrojeniowych, pruskich fortyfikacji oraz zimnowojennych planów polskiej armii. I momentami robi się naprawdę filmowo.
Muzeum Bunkier V3 w Zalesiu – ukryta atrakcja militarna wśród lasów wyspy Wolin
Niepozorny betonowy schron w lesie był częścią projektu, który miał pomóc III Rzeszy ostrzeliwać… Londyn. W Zalesiu testowano V-3, wielokomorowe działo dalekiego zasięgu. W przeciwieństwie do klasycznej armaty dodatkowe ładunki wybuchowe rozmieszczono w bocznych komorach wzdłuż lufy. Miały odpalać kolejno i zwiększać prędkość pocisku.

Na poligonie zbudowano trzy stanowiska doświadczalne o różnej długości i nachyleniu. Największa konstrukcja miała około 130 m, a pociski podczas prób leciały w stronę Bałtyku. Docelowo system planowano wykorzystać przeciwko Londynowi. Ostatecznie jednak nie osiągnął zakładanej skuteczności.



Dzisiejsze muzeum mieści się w bunkrze przeznaczonym pierwotnie do przechowywania amunicji. Ekspozycja tłumaczy zasadę działania V-3, historię programu i szerszy kontekst niemieckich prac nad tzw. bronią odwetową. W terenie można zobaczyć również pozostałości stanowisk ogniowych. Dopiero wtedy naprawdę widać skalę przedsięwzięcia.
Podziemne Miasto na wyspie Wolin – tajemniczy kompleks wojskowy i podziemny schron dowodzenia niedaleko Świnoujścia
Jeszcze kilka lat temu informacje o istnieniu tego kompleksu były objęte klauzulą „ściśle tajne”, a wiedzę o nim mieli jedynie nieliczni. Według zachowanych planów to właśnie stąd rozważano przeprowadzenie ataku atomowego na Skandynawię, a w podziemiach do dziś można zobaczyć mapy przedstawiające możliwe scenariusze III wojny światowej. Pięć potężnych betonowych schronów mieściło nowoczesne stanowiska dowodzenia, sale operacyjne, pomieszczenie zabezpieczone przed podsłuchem, centralę telefoniczną, kasyno, a nawet specjalną „salonkę” przeznaczoną dla najwyższych rangą oficerów. Wszystkie obiekty połączono siecią podziemnych korytarzy o łącznej długości około kilometra.
Dawna Bateria Vineta, w wojskowej nomenklaturze funkcjonująca pod kryptonimem 10/151, znajduje się w lesie pomiędzy świnoujskimi osiedlami Przytór i Warszów. Dziś znana jest jako Podziemne Miasto i należy do najbardziej tajemniczych kompleksów fortyfikacyjnych w tej części Europy. Przez dziesięciolecia teren pozostawał pilnie strzeżony, a dostęp do niego miały niemal wyłącznie osoby związane z wojskiem. Dzięki temu wyposażenie i wnętrza zachowały atmosferę czasów zimnej wojny, kiedy w ukrytych pod ziemią salach przygotowywano plany na wypadek globalnego konfliktu.
Historia wolińskich umocnień sięga okresu międzywojennego. Niemcy zbudowali tutaj baterię artylerii nadbrzeżnej, której zadaniem była ochrona pobliskiej bazy Kriegsmarine oraz podejścia do portu. Powstały wówczas główne schrony i niezbędna infrastruktura techniczna. Największe zmiany nastąpiły jednak po wojnie. W latach 50. rozpoczęto przebudowę kompleksu, zakończoną w połowie następnej dekady. Dawna niemiecka bateria została przekształcona w zapasowe stanowisko dowodzenia przeznaczone dla najwyższych władz Ludowego Wojska Polskiego.


Terenu przez całą dobę strzegły dwie kompanie wojska. Według relacji świadków podczas budowy podziemnych przejść beton wylewano bez przerwy przez trzy tygodnie, dzień i noc. Skala prac pokazuje, jak duże znaczenie przypisywano temu miejscu i jak starannie przygotowywano je do działania w warunkach wojny, również z użyciem broni masowego rażenia.
Zwiedzanie Podziemnego Miasta przypomina wejście na plan filmu szpiegowskiego. W korytarzach zachowało się oryginalne wyposażenie, urządzenia łączności, pulpity i mapy. Największe wrażenie robi sala operacyjna, stanowiąca serce całego kompleksu. Aby się do niej dostać, trzeba przejść przez pięć par drzwi, z których najcięższe ważą około tony. Wszystko zaprojektowano tak, aby chronić centrum dowodzenia przed atakiem, skażeniem i niepowołanym dostępem.
Najbardziej niezwykły pozostaje jednak kontrast pomiędzy tym, co działo się pod ziemią, a codziennym życiem na powierzchni. Zaledwie kilkaset metrów dalej turyści wypoczywali na świnoujskiej plaży, nie mając pojęcia, że tuż obok powstają plany wojenne, które mogły zadecydować o losach całej Europy.
Fort Gerharda w Świnoujściu – najlepiej zachowana pruska twierdza nadmorska na wyspie Wolin
Do niedawna pozostawał zapomniany i stopniowo popadał w ruinę. Dziś należy do najważniejszych atrakcji Świnoujścia i jest jednym z tych miejsc, których trudno nie uwzględnić podczas zwiedzania wysp. W końcu magazyn „National Geographic Traveler” wpisał go na listę 7 Nowych Cudów Polski. Ceglano-ziemny kompleks zachował między innymi fosę, latrynę, prochownię, laboratorium amunicyjne oraz reditę, w której mieści się stała ekspozycja muzealna. W zbiorach można zobaczyć kolekcję uzbrojenia artyleryjskiego, a także prawdziwą osobliwość – butelkę francuskiego wina datowaną na 1339 rok.
Zwiedzanie fortu dalekie jest jednak od klasycznego spaceru po muzealnych salach. Towarzyszą mu huk armatnich wystrzałów, wojskowe komendy i spora dawka humoru. Wszystko za sprawą przewodnika-gefrajtera w pruskim hełmie, który prowadzi uczestników przez kolejne etapy „szkolenia”. Dzięki tej formule historia przestaje być jedynie zbiorem dat i eksponatów, a wizyta zamienia się w pełne energii widowisko.
Latarnia morska w Świnoujściu – najwyższa latarnia w Polsce z widokiem na port i Bałtyk
Po wyjściu z Fortu Gerharda koniecznie warto udać się na taras pobliskiej zabytkowej latarni morskiej. To najwyższa latarnia na polskim wybrzeżu Bałtyku i jedna z najwyższych latarni morskich na świecie. Aby dotrzeć na taras, trzeba pokonać 308 schodów, jednak widoki rozciągające się z wysokości około 65 metrów w pełni wynagradzają wysiłek. Nic dziwnego, że miejsce to odwiedza każdego roku blisko 100 tysięcy turystów.
Z góry doskonale widać Świnoujście, wzgórza lubińskie, klify Wolińskiego Parku Narodowego, Gosań i Grzywacz, wsteczną deltę Świny, Zalew Szczeciński oraz nadmorskie klify po stronie niemieckiej. Przy dobrej widoczności można dostrzec także Golm – najwyższe wzniesienie wyspy Uznam. Golm jest jednocześnie miejscem pamięci i cmentarzem niemal 20 tysięcy ofiar alianckiego bombardowania Świnoujścia w 1945 roku. Panorama z latarni łączy więc zachwyt nad krajobrazem z przypomnieniem o tragicznej historii regionu.
Jak zaplanować zwiedzanie wyspy Wolin? Plan na cztery dni
Atrakcji jest tu naprawdę sporo, dlatego najlepiej podzielić wyspę na kilka części i każdego dnia odkrywać inne jej oblicze.
Dzień 1: Wolin i ślady dawnego emporium
Zacznijcie od rejsu po Dziwnie lub spaceru nabrzeżem, a następnie zobaczcie marinę, wieżę widokową i najważniejsze zabytki miasta: Dworek Woliński, wiatrak holenderski, kolegiatę św. Mikołaja, Muzeum Regionalne oraz Wzgórze Wisielców. Po południu warto odwiedzić Centrum Słowian i Wikingów na Ostrowie.
Dzień 2: Międzyzdroje i klify Wolińskiego Parku Narodowego
Rano wybierzcie się na Gosań lub Kawczą Górę, później odwiedźcie Zagrodę Pokazową Żubrów albo ruszcie jednym z parkowych szlaków. Popołudnie można spędzić w Międzyzdrojach – na molo, Promenadzie Gwiazd i w Muzeum Przyrodniczym WPN.
Dzień 3: południe wyspy i Kraina 44 Wysp
Na początek Jezioro Turkusowe i punkt widokowy na Piaskowej Górze, następnie grodzisko w Lubinie i panorama rozlewisk. Dzień można zakończyć rejsem po wstecznej delcie Świny lub spokojnym odpoczynkiem nad Zalewem Szczecińskim.
Dzień 4: przyroda, militaria albo golf
W Wisełce czekają leśne trasy, plaża, Jezioro Czajcze i szlak w stronę latarni Kikut. Miłośnicy historii mogą wybrać Bunkier V-3, Podziemne Miasto, Fort Gerharda lub latarnię morską. Na spokojniejsze zakończenie podróży sprawdzi się Amber Baltic Golf Club i odpoczynek w Międzywodziu.
Gdzie zjeść na wyspie Wolin?
Po całym dniu na szlaku dobrze zaplanować również kilka przystanków kulinarnych. Na wyspie Wolin znajdziecie miejsca bardzo różne – od ryb i lokalnych smaków po pizzę, która sprawdzi się po intensywnym dniu zwiedzania.
Stara Wędzarnia w Kołczewie to adres przede wszystkim dla miłośników ryb. Restauracja ma własną wędzarnię, a w menu pojawiają się zarówno ryby wędzone, jak i świeże – m.in. dorsz, halibut, turbot czy zębacz. Co ciekawe, obok ryb sporą część karty zajmuje pizza z pieca. Miejsce działa także jako delikatesy i mieści się w charakterystycznym drewnianym budynku przy ul. Młyńskiej 6. Hit okolicy.


W samych Międzyzdrojach warto zajrzeć do Parkowej. Karta nie ogranicza się do typowo nadmorskiego zestawu ryba–frytki: są tu m.in. flądra z patelni, grzanki z paprykarzem, schabowy z dzika czy makarony. Ciekawym dodatkiem są pizze nawiązujące do regionu – na przykład Szczecińska z paprykarzem z dorsza. To dobry wybór, jeśli podróżujecie w kilka osób i każdy ma ochotę na coś innego.
W Wolinie możecie zatrzymać się w Pizza House przy ul. Katedralnej 11. W trakcie festiwalu przeżywała prawdziwe oblężenie, Słowian, Wikingów i zwykłych – głodnych – turystów. Podstawą karty są pizze – od klasycznej Margherity i Prosciutto Funghi po bardziej rozbudowane wersje, m.in. z ndują czy truflami. W menu są również inne dania, więc nie jest to wyłącznie pizzeria.
Gdzie się zatrzymać?
Można oczywiście pójść za ciosem i po spotkaniu z historią zatrzymać się w wiosce wikingów. Jeśli jednak bardziej niż spanie w średniowiecznym klimacie cenicie sobie wygodne łóżko, basen i poranne wyjście prosto na plażę, zdecydowanie lepszym kierunkiem będą Międzyzdroje.
To dobra baza, jeśli chcecie połączyć zwiedzanie wyspy z kilkoma spokojniejszymi dniami nad Bałtykiem. Wybór hoteli w Międzyzdrojach jest całkiem spory, w tym np. Wave Międzyzdroje Resort & SPA *****, położony bezpośrednio przy piaszczystej plaży.

Już sam kompleks jest dość charakterystyczny. Jego architektów zainspirowały morskie fale – widziane od strony plaży budynki mają przypominać żaglowiec. Ten nadmorski motyw pojawia się również we wnętrzach: są naturalne kolory, drewno i detale nawiązujące do plaży, wydm i otaczającego Międzyzdroje sosnowego krajobrazu.



Zamiast klasycznych hotelowych pokoi są tu przede wszystkim przestronne apartamenty. W zależności od kategorii mają osobną sypialnię i część dzienną, balkon lub taras, a część z nich również widok na morze. Nawet podstawowe apartamenty mają około 34–43 m², więc szczególnie przy dłuższym pobycie albo wyjeździe z dziećmi dodatkowa przestrzeń naprawdę robi różnicę.
Dużym plusem Wave jest też strefa wellness, zwłaszcza jeśli pogoda nad Bałtykiem postanowi pokrzyżować plany. Do dyspozycji jest kryty basen rekreacyjny, brodzik dla dzieci, jacuzzi i wanna SPA, a także zewnętrzny basen i jacuzzi działające przez cały rok. Jest również rozbudowana strefa saun z sauną fińską, ziołową i parową oraz częścią wypoczynkową z tężnią solankową. Do tego dochodzi SPA z ośmioma gabinetami zabiegowymi oraz całodobowy klub fitness.
Właśnie taki typ miejsca, którego zwykle szukamy, przeglądając hotele nad morzem: plaża dosłownie obok, ale jednocześnie wystarczająco dużo atrakcji na miejscu, żeby nie przejmować się gorszą pogodą. Dla rodzin dodatkowym atutem są przestrzenie i animacje dla dzieci, a latem również aktywności organizowane na plaży.














