Lunch w restauracyjnym ogródku i kąpiel w morzu zimą? Brzmi jak żart, a jednak na Malcie 18 stopni i słońce w styczniu to norma. O tym, jak wygląda życie na Malcie poza sezonem, gdzie szukać autentycznych smaków i dlaczego Comino oraz Gozo to obowiązkowe punkty pierwszej wizyty, rozmawiamy z Kamilem Willinskym – Polakiem, który pokazuje Maltę od kuchni, dosłownie i w przenośni.

Po kilku latach życia w Londynie przeprowadziłeś się na Maltę. Co najbardziej zaskoczyło Cię w codzienności Maltańczyków, gdy minął turystyczny zachwyt?

Paradoksalnie: normalność. Tak naprawdę pierwsze, co poczułem, to ogromna różnica w nastawieniu ludzi do życia i siebie nawzajem. W wielkiej metropolii często dało się odczuć etykietowanie, również wobec Polaków. Jako naród mamy pewną wyrazistość, przez którą mieszkańcy innych krajów mogą postrzegać nas stereotypowo. Na Malcie tego nie ma. Tu spotkałem ludzi życzliwych i prostych, w dobrym tego słowa znaczeniu.

W mojej ocenie ta atmosfera „normalności” jest jednym z powodów, dla których Malta stała się tak popularna. Do tego dochodzi kwestia cen: w porównaniu z wieloma europejskimi kierunkami są one wciąż atrakcyjniejsze. Zaletą jest też wielkość wyspy, bo wszędzie ma się blisko. Z dowolnego miejsca na lotnisko dojedziesz w około 20-30 minut. A pogoda… uzależnia. Jak się raz przyjedzie i zasmakuje tego słońca, to trudno wyjechać.

Malta poza sezonem – słońce, woda i spokój

Jak wygląda Malta poza sezonem? Jesień i zima kojarzą się raczej z odpoczynkiem od śródziemnomorskiego upału, ale wiele osób zastanawia się, czy wtedy warto przyjeżdżać.

Na Malcie jest mniej więcej osiem bardzo ciepłych miesięcy. A kiedy przychodzą te chłodniejsze – od listopada do końca stycznia – to jest nawet pewna ulga. Żartobliwie mówiąc: w końcu można się ubrać! (śmiech) Założyć kurtkę, kilka warstw, poczuć zmianę pory roku.

Opady pojawiają się częściej od połowy listopada, ale to nie jest deszcz „po polsku”, czyli kilka dni ciągiem. Zazwyczaj wygląda to tak, że pada przez godzinę lub dwie, po czym niebo się szybko rozjaśnia. Z kolei temperatury są bardzo stabilne, bez dużych skoków. Zimą najniżej spadają do 14-15 stopni. Po kilku latach spędzonych na wyspie 14 stopni na Malcie może wydawać się chłodniejsze niż zero w Polsce, ale taka pogoda nie trwa długo i wciąż pozwala spędzać czas aktywnie na zewnątrz.

Atmosfera „normalności” jest jednym z powodów, dla których Malta stała się tak popularna.

Kamil Willinsky

Czy dziś czujesz się częścią maltańskiej wspólnoty, czy bardziej obserwatorem z zewnątrz, który patrzy na wyspę z dystansem?

Jestem częścią Malty. I miejsce temu sprzyja, ponieważ w całym kraju mieszka około pół miliona osób, co jest porównywalne do Gdańska. Zresztą na to, jak szybko odnalazłem się w nowej rzeczywistości, duży wpływ miała moja praca. Mam program kulinarny, ale on nie jest o mnie, lecz o historiach ludzi: właścicieli, kucharzy, rodzin prowadzących restauracje.

Dzisiaj na Malcie jest między 300 a 400 naprawdę dobrych lokali i kiedy pokazuję ich pracę, to informacja szybko niesie się po całej wyspie. Zdarza się, że wchodzę do restauracji, gdzie pracuje 10-15 osób włącznie z właścicielem. Oni już wtedy wiedzą, że nie uciekną przed kamerą (śmiech). Dla wielu to pierwsze takie doświadczenie, ale natychmiast skraca dystans. Tak więc trudno zostać z boku, kiedy stajesz się częścią lokalnej opowieści.

Malta jest całoroczna i to jest jej ogromna przewaga. Zimą również nie zamiera. Nawet w grudniu da się wejść do wody.

Kamil Willinsky

Mieszkasz w St. Julian’s, czyli jednym z najbardziej turystycznych miejsc na Malcie. W jakim rytmie żyje miasto i wyspa, kiedy turystów jest mniej?

Malta jest całoroczna i to jest jej ogromna przewaga. Zimą również nie zamiera. Co ciekawe, nawet w grudniu da się wejść do wody. Dzisiaj [30 grudnia – przyp. red.] mamy 18 stopni i słonecznie i wielu ludzi wskakuje do morza. Nie po to, żeby się kąpać, ale bardziej dla doświadczenia, na 10-15 sekund. Przed laty również miałem taki styczniowy rytuał, kiedy nagrywałem wideo z wejściem do wody i składałem życzenia.

Warto zauważyć, że zimą zmienia się też profil turystów: przykładowo do St. Julian’s latem często przyjeżdżają grupy podróżnych nastawionych na imprezowanie, w mieście jest bowiem dużo klubów. Zimniejsze pory przyciągają natomiast osoby szukające spokoju, dobrego jedzenia, klimatu. To bardzo przyjemny czas.

Ryby, królik i pastizzi – tradycyjne smaki Malty

Gastronomia to Twój żywioł. Co według Ciebie najbardziej definiuje maltańskie smaki?

Najpierw zwróćmy uwagę, że maltańska scena kulinarna to ogrom restauracji blisko wody. Nawet poranna kawa z widokiem na port sprawia, że atmosfera staje się romantyczna, bardzo „śródziemnomorska”. Druga rzecz to kultura lunchu i to, że nikogo tu nie dziwią jedna-dwie szklanki wina w środku dnia.

No i ryby, które na wyspie są absolutną podstawą. W sezonie tuńczyk jest wszędzie, również w sklepach, w bardzo dobrej cenie. Najczęściej je się go jako tatar albo stek. Świeży tuńczyk, zwłaszcza na surowo, to coś wyjątkowego. W wielu restauracjach stoją lodówki z owocami morza i rybami, które zostały złowione tego samego dnia rano. Ta świeżość jest odczuwalna.

Maltańska scena kulinarna to przede wszystkim kultura lunchu. Nikogo tu nie dziwią jedna-dwie szklanki wina w środku dnia

Kamil Willinsky

A co z kuchnią tradycyjnie maltańską? Taką, której należy spróbować właśnie tutaj?

Dumą Malty jest królik. Często przyrządza się go na dużej patelni, kroi na porcje i doprawia według rodzinnych tradycji. Przyprawy i sposób przygotowania robią całą magię. Często odbywa się to w otwartej kuchni, tak że widać cały proces, pracę kucharzy, czuć zapach. Można go spróbować w postaci gulaszu, smażonego lub pieczonego w całości i zalanego gęstym sosem.

Wspominałeś o owocach morza. Czy są jakieś wyjątkowe doświadczenia, których mogą szukać na Malcie fani tej kuchni?

W ostatnim czasie na popularności zyskuje seafood boil, serwowane w dużej torbie, z krewetkami, homarami i innymi dodatkami. Podaje się to na stół, zwykle do dzielenia na kilka osób. Stół jest zabezpieczony obrusem, a potem torbę odwraca się do góry nogami i całość ląduje na blacie. Wygląda to świetnie i nic dziwnego, że takie filmy często robią się viralowe w social mediach.

I jeszcze jedna rzecz: filetowanie ryby przy gościu. Na Malcie to częste zjawisko, trzeba za nie dopłacić, ale koszty nie są przesadnie wysokie. Kelner przychodzi do nas z wózkiem, gdzie cała ryba jest pokryta solą. Na osobnym stoliku ją podpala, rozbija skorupę, filetuje. To pięć minut, które naprawdę robią wrażenie. Czasem w porze lunchu widzisz kilka takich rytuałów równocześnie przy różnych stolikach.

Załóżmy, że nie jem królika ani owoców morza. Czy nadal Malta będzie w stanie skusić mnie swoją ofertą gastronomiczną?

Pewnie, że tak. Świetnym wyborem są pastizzi, czyli małe wypieki, najczęściej z ricottą albo z pastą z grochu. Miejsce kojarzone z tym przysmakiem to średniowieczna Mdina. To prosta rzecz, ale bardzo maltańska i do tego tania, bo kosztuje 40-50 centów za sztukę. Bierze się dwie-trzy i co najmniej na godzinę ma się głód z głowy.

Warto również spróbować maltańskiej pizzy. W porównaniu z włoską jest ona bardziej pulchna, z wyciętym środkiem, często podawana z lokalną kiełbasą i ziemniakami. Co prawda jest coraz rzadziej spotykana, z uwagi na ogromny wpływ kuchni włoskiej, ale w tych starszych restauracjach da się jeszcze trafić na tę wersję.

Na Malcie można też spotkać makaron zapiekany, taką lokalną wariację carbonary. Ale dodam, że jest on dość suchy. Propozycja raczej dla ciekawskich lub tych, którzy lubią proste smaki.

Gdzie zjeść na Malcie? Rekomendacje Kamila Willinsky’ego

Gdzie na Malcie zjeść posiłek, żeby poczuć lokalną atmosferę? Lepiej szukać małych knajpek czy celować w miejsca polecane przez popularne przewodniki?

Zacząłbym od zrobienia prostego researchu, przeczytania opinii innych gości. Na Malcie, tak jak w każdej turystycznej destynacji, znajdziemy lokale z tzw. naganiaczami. Takie restauracje często opierają się na założeniu, że klient zje u nich pierwszy i ostatni raz. Lepiej je omijać.

Jeśli chodzi o autentyczne doświadczenia, bardzo polecam południe Malty, np. miasteczko Marsaxlokk, zwłaszcza w weekend, kiedy działa targ rybny. Fajna atrakcja na dwie godziny, która naturalnie przechodzi w lunch w lokalnej restauracji. Do tego na południu jest mniej gastronomii wspieranej przez inwestorów, a więcej rodzinnych, klimatycznych miejsc.

Jedna z moich ulubionych restauracji to Tartarun, prowadzona przez dwóch braci. Ich ojciec do dziś jest rybakiem, dzięki czemu ryba złowiona rano jest wyjątkowo świeża. W takich miejscach właściciele chętnie rozmawiają, dzielą się historiami. Oddaje to charakter Malty, bo na wyspie nie ma wielkiego pośpiechu, a ludzie potrafią poświęcić gościowi te dodatkowe pięć minut przy stoliku.

Dobre jedzenie to podstawa, ale na całość doświadczenia składają się m.in. jakość obsługi, wystrój, atmosfera. Czy spośród wszystkich restauracji, które odwiedziłeś, mógłbyś wskazać te najbardziej zapadające w pamięć?

W stolicy, Valletcie, jednym z takich miejsc jest Da Pippo’s. To miejsce lubiane zwłaszcza przez lokalną “śmietankę”, a więc bardzo trudno o stolik. Choć na początku tygodnia zazwyczaj szanse są większe. To restauracja bez menu, nastawiona na długie lunche. Jest głośno, intensywnie, bardzo „po maltańsku”. Pod koniec goście potrafią tańczyć, czasem nawet na stolikach. Dla jednych to będzie absolutne odkrycie, dla innych doświadczenie wymagające. Ale warto spróbować.

Są też perełki, które łączą jedzenie z małym show. Na przykład Palazzo Preca, również w Valletcie. Lokal prowadzony jest przez dwie siostry. Wśród Polaków to miejsce cieszy się szczególną popularnością, gdyż jeden z odcinków swojego programu nagrywał tam Robert Makłowicz. Kucharze część dań dokańczają przy stoliku: gotują sos, podpalają składniki, opowiadają o daniu. Dziś to stanowi o atrakcyjności restauracji i widać, że właściciele na Malcie idą z duchem czasu.

Czy mógłbyś powiedzieć, że jesteś fanem kuchni maltańskiej?

Absolutnie! Chyba właśnie ten element najbardziej przekonał mnie do zostania. Choć zaznaczę, że nie jestem wybredny: dla mnie dobry, świeży makaron jest świetnym posiłkiem. Do tego ryby, owoce morza – nie potrzeba wiele. Dodam, że maltańska kuchnia ma silne wpływy włoskie, szczególnie sycylijskie. To sprawia, że smaki są wymieszane, ale jednocześnie lekkie.

Dla porównania w Polsce, zwłaszcza zimą, mamy inną kulturę jedzenia: lubimy karczmy, bardziej treściwe potrawy, żeby się najeść. Tu jest inaczej, lżej – i to pasuje do krajobrazu, słońca i tempa życia.

Gozo, Comino, porty – te atrakcje Malty trzeba odkryć

Jednym z mniej obleganych, a jednocześnie wartych polecenia kierunków poza samą Maltą, jest sąsiadująca z nią wyspa Gozo. Jak się tam dostać i czy w ogóle warto?

Gozo jest świetna. Można tam wjechać autem i skorzystać z przeprawy promem, przenosząc się w zupełnie inny klimat. Wyspa jest spokojniejsza, bardziej tradycyjna i mniej turystyczna. Wiele osób wybiera Gozo nawet na miejsce do życia czy na emeryturę.

Oczywiście jest tam mniej atrakcji czy restauracji niż na samej Malcie, ale za to jest bardzo autentycznie. I co istotne, Gozo jest też tańsza, mimo że Malta również nie jest uznawana za drogi kierunek. To miejsce potrafi pozytywnie zaskoczyć.

Wyspa Gozo i Victoria - Magazyn Travelist

Co poza jedzeniem fascynuje cię na Malcie najbardziej?

Między innymi porty i życie wokół nich. Przykładowo w Monako wielu kojarzy Port Hercules, podczas gdy na Malcie takich miejsc jest dużo więcej i często są one niedoceniane. Z Valletty rozpościera się widok na tzw. trzy miasta (Birgu, Cospicua, Senglea) i właśnie tam jest świetny port, gdzie czasem można zobaczyć choćby Maltese Falcon – jeden z najbardziej rozpoznawalnych jachtów żaglowych w Europie.

Samo Birgu jest również genialnym miejscem na spacer. Zaczyna się od sportowych żaglówek, a kończy na dużych jednostkach. Co więcej, na Malcie odbywają się też regaty Rolex Middle Sea Race, więc w sezonie widać mnóstwo świetnych łodzi, również w trakcie treningów. Podobnie miejscowość Msida, choć mniej turystyczna, ale z dużą mariną. Jest tam Royal Malta Yacht Club, można wejść do środka, zjeść w restauracji i obserwować treningi żeglarzy.

A znajdzie się coś dla osób szukających innych wrażeń niż sporty wodne?

Oczywiście! W St. Julian’s koniecznie trzeba wybrać się na Spinola Bay, gdzie w sezonie odbywa się rozładunek tuńczyka – niektóre okazy ważą po 80-100 kg, a dwa razy dziennie rybacy potrafią rozładować 10-15 sztuk. Widać cały proces, handlarzy, wagi w samochodach. To prawdziwa Malta, taka codzienna.

Warto też wspomnieć o lokalnych festach: każde miasto ma swoje święto w ciągu roku, odbywają się one na wyspie przez cały sezon, a towarzyszą im często fajerwerki wystrzeliwane… w dzień. (śmiech) Tak więc słychać głównie huk, ale tak mieszkańcy celebrują dzień swojego miasta. Zamykane są wtedy ulice, bary, ludzie wychodzą na zewnątrz i robi się z tego wielkie święto. Na przykład w St. Julian’s dzień ten wypada pod koniec sierpnia. Festy są wyczekiwane zarówno przez mieszkańców, jak i turystów.

Marsaxlokk - Magazyn Travelist

Gdybyś miał polecić trasę dla kogoś, kto po raz pierwszy odwiedza Maltę, które miejsca uznałbyś za obowiązkowe i jakich doświadczeń koniecznie warto spróbować?

Po pierwsze, koniecznie wybrałbym się na wycieczkę łodzią. Opcji jest mnóstwo: od mniejszych jednostek po katamarany na 50 osób z muzyką i trzema przystankami w ciągu sześciu-siedmiu godzin. Wtedy za jednym zamachem odwiedzamy Comino – najmniejszą zamieszkaną wyspę archipelagu – oraz Popeye Village, czyli filmową wioskę zbudowaną na potrzeby produkcji, która do dziś przyciąga zarówno dorosłych podróżujących bez dzieci, jak i rodziny.

Kolejny “must-have” w planie to Gozo. Najlepiej wypożyczyć auto, skorzystać z połączenia promowego i doświadczyć spokoju tej wyspy. Tamtejsze restauracje są często prowadzone przez rodziny, właściciele są na miejscu, więc atmosfera bardzo autentyczna.

I na koniec spacer po Valletcie. Tu nie trzeba planu, wystarczy przejść się uliczkami, podziwiając m.in. piękną fontannę, żeby następnie dotrzeć w okolice parlamentu. Miasto słynie z barokowej architektury i pięknych, równoległych uliczek.

Gdybyś miał jednym zdaniem przekonać kogoś, kto waha się, czy Malta poza sezonem to dobry pomysł, to co byś powiedział?

Poza sezonem Malta oferuje trzy rzeczy, których najbardziej brakuje na co dzień: słońce, spokój i czas.

– – – – 

Kamil Willinsky – Polak mieszkający na Malcie od sześciu lat, twórca kulinarny, autor książki “Smak dwóch światów”. Prowadzi autorski program „Kamil Willinsky Show”, w którym łączy rozmowy, jedzenie i lokalną kulturę. Od lat opowiada o wyspie „od kuchni” – dosłownie i w przenośni.

Więcej o Kamilu:
Instagram
Facebook